sobota, 16 września 2017

Chapter I Dzienniki Bradforda

Przyglądam się, jak nasz niewielki ogród, otoczony niewysokim, murem z  czerwonej cegły, rozkwita pod koniec sierpnia : kwiaty posadziła Fiona. Widzę  okno, w którym stoi biała gipsowa gęś (prezent od Fiony na moje czterdzieste urodziny), żółtą ścianę pokoju, półki pełne książek, które kolekcjonuję od dzieciństwa; wszystkie tomy Wojny i pokój Tołstoja, Bracia Karamazow i Idiota Dostojewskiego, Sellinger  i dziesiątki  innych; tę staroświecką lampę z dużym białym kloszem  na komodzie Fiona zapalała po zmierzchu.

Widzę pośrodku ogrodu wysoki krzak róży, pod ciężarem ciemnym listowia i herbacianych róż chyli się do ziemi. Fiono gdy tak siedzisz na trawie w lnianej jasnej sukience, oparta o moje nogi  patrzysz ze skupieniem,  jak po twojej jasnej skórze łydki wspina się mozolnie w górę  niewielki, czarny robaczek, nie strącasz go, mówisz mi, że umysł wymaga czasem idealnej pustki, ciszy, osamotnienia, zanim pojawi się znowu pierwsza myśl. Fiona wie, że pozostało jej  kilka miesięcy życia tego kończącego się lata i jesieni.
Fiono, gdy tak siedzisz z lekko opuszczoną głową, a ja już przebyłem po wielokroć niezmierzone przepaści twojego ciała, Fiono, w mrocznym korytarzu złowrogich przeczuć, w sennym  cieple różowo-złotego popołudnia przyklękam przed tobą i kładę swoją głowę na twoich kolanach, a ty dotykasz moich włosów w milczeniu. 

O moja Złocista Belladonno, nie odchodź jeszcze, Złota Trucizno.






Chapter II Meksykanka

Ocknął się, niczym z głębokiego snu i jak wyłowiony siecią delfin, jeszcze przed chwilę szamotał się z dziewczyną wciskając jej do ust truciznę, teraz  Meksykanka patrzyła na niego rozszerzonymi oczami. Leżała bezwładnie, z ręką przewieszoną przez poręcz sofy. Był trochę zdziwiony, że nie krzyczy ani nie płacze, nie zachowywała się jak inne … Przywiózł ją wczoraj z przedmieścia nad wybrzeżem, perłowy jak opal ocean był zwichrzony ciepłym wieczornym wiatrem, ciągnął się tam długi, kamienny trotuar, kobiety przechadzały się leniwie; te młode prezentujące nachalnie swoje wdzięki, starsze i doświadczone tak obojętne jak lalki na wystawie sklepowej. Ona przyszła chyba niedawno, zdradził ją błysk spłoszenia i wstydu w ciemnych wilgotnych oczach, pochodziła z meksykańskiej prowincji, nie pamiętał zbyt wielu szczegółów z rozmowy. Przez głowę przelatywały mu strzępki wspomnienia z ich pogawędki, gdy wiózł ją autem do siebie. Tam, skąd pochodziła, dla mieszkańców czas się jakby zatrzymuje, na głębokiej prowincji mężczyźni siedzą w cieniu domów zagadując do sąsiadów, kobiety wymieniają codzienne plotki. Dziewczyna musiała wcześniej zmyć make up w łazience, gdyż chciał ją zobaczyć całkowicie bezradną, bez tej fioletowoczerwonej szminki na ustach i czerni tuszu na długich rzęsach. 
- Coś z tobą jest nie w porządku? - zapytał ją grzecznie.
 Zawsze był grzeczny, zawsze starał się zachowywać dobre maniery wobec nich... I zanim straciła orientację, wytłumaczył jej działanie belladonny , a przez uchylone okno dobiegały odgłosy wysokiego kobiecego śmiechu, jakiś mężczyzna przekomarzał się z kobietą, odpowiadała śmiejąc się, wieczór był wypełniony po brzegi uchodzącym światłem letniego dnia. 
 Atropa belladonna kwitnie w czerwcu i w lipcu, objawy zatrucia występują po kilkunastu minutach lub dopiero po paru  godzinach, lęk, niepokój, drgawki,  wreszcie utrata przytomności... 
Wiedział, że to wszystko niepotrzebnie się przedłuża, czuł się teraz trochę nieswojo w obecności dziewczyny, z której zbyt powoli uchodziło życie.  Wziął ją na ręce i zniósł kręconymi drewnianymi schodami w dół do piwnicy, położył pośrodku na metalowym stole jak na katafalku, zapalił wokół ciała dziewczyny przygotowane wcześniej świece i usiadł na fotelu obitym starym, wyplowiałym materiałem. Czekał. Dziewczyna wciąż patrzyła nieruchomo w sufit .
 Przypominała mu delikatną różę, którą nadchodząca śmierć pozbawiała kolorytu. Pomyślał, że mógłby może kiedyś ją nawet pokochać. Tak jest inna niż te, które spotykał, umierała tak pięknie, i tak młodo, i już jest za późno, tak, teraz już za późno. Będzie jak niewidzialny pies jakiś czas, dopóki nie przyprowadzi następnej... Słyszy, jak dziewczyna ciężko oddycha, jak ktoś budzony z głębokiego snu. 

Moja Meksykańska Różo, nie umieraj. Nie umieraj.

Chapter III Komisarz Eva

Dlaczego stała się takim odludkiem? 
Poprawiła  smukłymi  palcami guzik przy swoim granatowym mundurze policjantki. Nie przestawały ją prześladować obrazy ofiar, niekończąca się seria wspomnień, ciało dziewczyny porzuconej w podmiejskim lesie, które przypominało  kawałek drewna, tak było zesztywniałe  i te upchnięte w studzienkę kanalizacyjna, zwłoki szesnastolatki, skulonej jakby w przysiadzie, nieletnia meksykanka, prawdopodobnie kolejna  prostytutka z przedmieścia .Obydwie dziewczyny były otrute, sekcja i  jej wyniki nie pozostawiały żadnej wątpliwości - zabójca posłużył się identyczną trucizną używaną w średniowieczu dziejów.  
W tych niekończących się godzinach, które spędzała po służbie w swoim dużym, komfortowym mieszkaniu  nie czuła się bezpiecznie.
W końcu stanę się tak samotnym człowiekiem, że sama nie będę wiedzieć czy jeszcze żyję - uśmiechnęła się do siebie w myślach.  Ogromne okna sięgające prawie od sufitu do podłogi w wieczornych godzinach odsłaniały   migotliwą od świateł nocną  panoramę  miasta.  Ona, która trakcie śledztwa potrafiła rozbić na drobne kawałki  pewność  siebie lokalnych dillerów od narkotyków  i tych gorszych: seryjnych morderców, prowadzących  w tym wielkim mieście podwójne życie: na codzień czuli i pracowici ojcowie rodziny, nocami drapieżcy i tropiciele, tak więc tutaj we własnym lokum nie czuła się zbyt pewnie. Była niezależna finansowo, a że nie miała męża i dzieci, i była zawsze dyspozycyjna i miała zdolności logicznego myślenia i szybkiego kojarzenia faktów w niedługim czasie  awansowała. To były atuty, które po trzydziestce wprowadziły ją na stanowisko naczelnika komisariatu. Kobiety zwykle są szczęśliwsze, gdy są kochane i wspierane, jej także w tych długich latach, które spędziła w większości sama ze sobą,  pewnego dnia przestały wystarczać samotne popołudnia i w końcu zdobyła się na związanie z szefem departamentu narkotykowego.  Wiedziała, że  jest  dla niego prawdopodobnie  tylko kolejnym, atrakcyjnym obiektem  kobiecym  ale ceniła jego kompetencję i skuteczność w zawodzie  i to,  że ich  ulubioną formą kontaktu w godzinach pracy było milczenie i dyskrecja. Żadne nie próbowało bawić się w  zrozumienie drugiego. W  istocie rzeczy ten brak porozumienia  może być tylko iluzją - pomyślała, czy ten chłodny i opanowany mężczyzna nie wie w rzeczywistości o niej dużo więcej o niej niż wieloletnia przyjaciółka. Czasami miała wrażenie, że poznają się i zawiązują  coraz  ściślejszą komitywę ze sobą poprzez urywki słów i spojrzeń jak dwa  rasowe psy śledcze.

Chapter IV Biała Gęś

Dlaczego on się wreszcie nie zamknie? Chciała jak najprędzej pozbyć się tego kolejnego klienta i wrócić do swojego niedużego, przytulnego mieszkanka przy Dane Road. Mężczyzna prowadził samochód  i równocześnie mówił do niej, zadawał niepotrzebne pytania,  które pomijała obojętnym milczeniem lecz on mówił dalej jak nakręcony, opowiadał o jakiejś swojej głupiej kolekcji roślin, tajemniczej egzotyce ziół, jakimś Golemie i Kabale, cóż może jeszcze opowie o sporej kolekcji kobiet, którym musiał słono płacić. Przyglądała mu się kątem oka a oczy miała  brązowe i skórę  brązową i czuła się w niej dobrze, meksykańscy przodkowie poręczyli za jej rodowód metyski. Mężczyzna był wyraźnie podekscytowany jej młodością, może podobała mu się jej uroda ,ma przecież nowe i takie modne błękitne dżinsy z przedarciami, dzisiaj ładnie odsłaniały jej gładką skórę. Matka uczyła ją, że nie powinna udzielać rad żadnemu mężczyźnie, jeśli ten  o nie nie prosi, ale gdy patrzyła na tego mężczyznę miała ochotę powiedzieć - hey z tobą coś jest nie  tak, mężczyzna nie powinien tyle gadać, a ty jak katarynka z jarmarku.  Ale nie mówiła nic gdyż dojechali  już na miejsce, mężczyzna   zahamował na podjeździe  za domem, wyskoczył  pośpiesznie z samochodu,  otworzył drzwi auta od jej strony i podał jej rękę jak damie jakiejś. Śpieszy mu się - pomyślała ... wiedziała, że tacy potem gęsto się tłumaczą ,cóż gdy nic z tego nie mają, w tych sprawach trzeba zapalić wszystkie światła , bo jeśli nie, to wtedy ona i tak  bierze należną jej forsę i hasta lavista... Poszła nieco ociągając się,   tuż za mężczyzną przez ten zarośnięty ogród, był późny wieczór a w oknie tego domu widziała białą figurkę z gipsu ,tak to była śnieżnobiała gęś, mężczyzna   otworzył drzwi i nagle wciągnął ją do środka. W salonie był zapalony tylko kinkiet nad kominkiem. Nie spodziewała się, po mężczyźnie, że będzie taki zręczny i silny, pachniał też przyjemnie, ona gdy była zadowolona była przymilna jak kotka, i później zawsze udawało się jej utargować więcej niż było ustalone. Ten kazał jej wcześniej  iść do łazienki i umyć twarz z makijażu, Puść mnie, prosiła   gdy kazał jej przełknąć  te kilkanaście, kilkanaście gorzkich nasion, krztusiła się. 

To dla ciebie jedyne lekarstwo, które wyleczy cię z wszystkiego zła, które wrosło w ciebie   moja panno -   powiedział jej i trzymał ją mocno w ramionach, poczuła jak te wszystkie myśli kołują i rwą się w jej głowie, nie była na tej złocistej plaży od dawna, woda zalewa czuje wciąż jego ręce, on  unosi ją w głąb morza, masz włosy jak zielono szmaragdowe  wodorosty syreno,mówi. Dlaczego teraz pojawiła się jej matka, nachyla się nad nią i mówi  z wyrzutem w głosie : mówiłam ci, że to wszystko źle się skończy. Ta gorycz w ustach i suchość i czemu słońce tak pali mocno, gdy pobiegnę po nabrzeżu, zdążę jeszcze , jeszcze  poczeka biała łódź, podpłynie bliżej, żebym  tylko nie zmoczyła swojej niebieskiej sukienki, i niech to wszystko będzie jak zły sen, i niech to nie będzie prawda, że nie mogę się znów poruszyć, niewidzialna zmora usiadła mi na piersiach, a on tylko patrzy na mnie, nie uronię już ani jednej kropli łzy, mnie już przecież tu nie ma, stoję w ogrodzie i zaglądam do środka pokoju prze okno, ogród jest taki ciemny , głęboko pod ziemią, ten ogród i ten dom i ta dziewczyna w dżinsach, która leży tam w środku w salonie, z ręką przewieszoną bezwładnie przez brzeg sofy...jeśli pójdę tą ścieżką  to dojdę do furtki. Biała Gęsi pójdę za tobą.


Chapter V Fiona

Fiona i Bradford. Ten solidny mężczyzna był dla niej uosobieniem wszelkich zalet, myśląc o nim widziała górującą nad miastem wieżę z zegarem, zegar wybijał godzinę za godziną, serce Bradforda biło dla niej spokojnie i miarowo każdego ranka, gdy opierała głowę o jego szeroką pierś, teraz gdy każde uderzenie jego serca odliczało przemijające minuty jej życia, pytała siebie samą, jak te nadchodzące chwile chce przyjąć. 
Pytała się też o to męża, ale on wtedy marszczył rudawe brwi szkockiego wojownika i odwracał głowę w stronę okna, jakby chciał w ogrodzie, wśród różnobarwnych kwiatów utopić  swój smutek i znaleźć odpowiedź na to proste i niezwykle drażliwe pytanie. 
Ponieważ odpowiedź nie nadchodziła, Fiona pewnego dnia, tego przedłużającego się, ciepłego lata, wyszła z domu i poszła ulicą do pobliskiego parku, stamtąd przeszła przez szeroką, staranie skoszoną łąkę, idąc widziała jak z pod zbyt niskich krzaków wyskakiwały puchate, niewielkie króliki, kicały tak śmiesznie podskakując, ale widząc nadchodzącą kobietę umknęły znowu w zarośla. Fiona szła ścieżką, myśląc o tym, że całe jej  dotychczasowe bytowanie przeszło bezpiecznie w cieniu jej  zaradnego i pracowitego mężczyzny, wracającego zawsze na czas do domu. Fiona tyle szczęśliwych  chwil spędziła w ścianach ich domostwa z widokiem  wprost nad wąski kanał z brudnozieloną wodą. Teraz na ten jeden samotny moment zatrzymała się, intensywnie wpatrując w ruchliwy nurt wody, podniosła ułamany patyk i rzuciła go w  wodę. Płynął tak szybko i lekko, ona ruszyła jeszcze szybciej za nim alejką... Idąc rozmyślała.
Nigdy nie pytała się o uczucia Bradforda, tak była ich pewna. W jej myślach Bradford jest wciąż tym wszystkim, czym mężczyzna może być dla kobiety. 
Fiona innym mężczyznom podobała się, była atrakcyjna i zabawna,  miała niebieskie oczy  jak porcelanowa laleczka.
 Była jednak zbyt wiele lat  z Bradfordem, żeby nie rozumieć, w jakich sytuacjach jest czas, że trzeba uciec  by nie stłuc porcelanowej filiżanki w delikatne błękitne kwiatki, filiżanki,  na dnie której siedzi złocista panienka w ażurowej sukience  z zieloną koronką od lat zakochana w Bradforcie. 

Minęła niewielki domek, w którym nikt od dawna nie mieszkał, dom  miał spory, miły ogród, tak podobny do jej własnego, nawet ścieżka zakręcała identycznie koło krzewu obsypanego różami i znów Fiona przez chwilę miała wrażenie, że wchodzi do własnego ogrodu, podchodzi do okna nieznanego domu i zagląda do  środka z ciekawością dziecka, sprawdza czy Bradford już wrócił. gdy rzeczywistość nagle otwiera nieznaną furtkę albo ukryte drzwi, tak jakby to wszystko było od dawna zaplanowane przez kogoś, kto mieszkał  zamknięty w pokoju, o którym mówiła, że nie istnieje, więc może teraz całkiem straciła już przyzwoitość, bo to dla niej niepodobne wchodzić do cudzego ogrodu;by odkryć drzwi do tego pokoju, drzwi   zasunięte starą szafą z rzeźbieniami, kto wyśnił jej  te drzwi i ten dzień, w jedynym co ma, ale co ona ma takiego, co wolno jeszcze tak kochać jak tylko ona  potrafi, gdy tylko ona a nie Bradford  dowie się,  jak to jest przed końcem,  i jedynym oparciem jest teraz dostać się do dawnej Fiony, wrócić, przecisnąć się z powrotem do salonu Bradforda przez wąską szczelinę między szafą a ścianą, póki jest jeszcze czas, wrócić do Bradforda, który siedzi w salonie, przy zapalonej lampie, żeby jej powiedział, że nie ma ukrytego pokoju i nikt w ich domu oprócz nich nie mieszka. A teraz ten obcy dom z niewiadomego powodu budzi w niej narastającą ciekawość. Wciąż zdumiona swoim zachowaniem Fiona idzie ścieżką wśród kwiatów, zagląda w okno obcego domu i  spostrzega na parapecie białą gęś z gipsu, która przecież jest identyczna z tą, którą kiedyś przyniosła do domu dla Bradforda. W głębi pokoju siedzi  mężczyzna.  Mężczyzna podchodzi do okna i patrzy na nią, porusza ustami i coś mówi. O Porcelanowa Laleczko...








Chapter VI Śmierć Fiony


Bredford skończył 40 lat lat i do tej pory poznał niewiele ponad te kilka kobiet , których zdjęcia przechowywał jak zbiór złotych monet w albumie oprawionym w pozłacaną skórę. 
Przez całe lata mieszkał w niewielkim domu ze swoją poczciwą Fioną, która dobrze gotowała, sprzątała starannie a w niedzielę przyrządzała mu pachnący słodko pudding, by potem szybko mogła zasnąć po codziennej krzątaninie, zasnąć dużo wcześniej niż zapadał zmrok. Wielokrotnie zastanawiał się czy kocha tę swoją niebieskooką, filigranową Fionę, Fionę, która teraz spoczywała jeden metr pod ziemią na starym cmentarzu na skraju miasta z ciałem zniszczonym przez złośliwy nowotwór . 
Bez wątpienia odczuł jej stratę ale nie na tyle boleśnie by później, po skromnym pogrzebie nie przyprowadzić do swojego mieszkania pulchnej dziewczyny w błękitnych dżinsach.
Potrzebował tych paru godzin z dziewczyną by odgrodzić się ostatecznie od Fiony i całego poprzedniego życia .
To była jego pierwsza po zmarłej kobieta, która weszła do jego mieszkania . Wiedział, że nie może już tak dłużej żyć, próbował jakiś czas być sam  ale nie posiadał oprócz czytania żadnej pasji, która zabiłaby to mdłe uczucie pustki . Miał bibliotekę pełną książek, które dawniej czytali on i Fiona .
Fiona. Pomyślał ,że Fiona poznała go w tak niewielkim stopniu, nie zastanawiała się zapewne kim on jest naprawdę, on zaś w tamtych czasach nie uważał się za brutala, zawsze był opanowany w najwyższym stopniu w stosunku do swojej żony, nigdy nie podniósł na nią głosu, czasem zmarszczył brwi i zażartował ironicznie gdy ociągała się z przyjściem do sypialni. 
Uważała go za autorytet we wszelkich sprawach ale  przede wszystkim nigdy nie rozmawiali co myślą , tym bardziej co czują, wymieniali najwyżej kilka słów dotyczących codzienności, jakby to co wewnątrz ich umysłu było obwarowane jakąś żelazną obręczą wstydu i zakłopotania i należało to pozostawić w jakimś najbardziej skrytym miejscu. 
 Czasami myślał o swojej matce , Fiona i matka. Myśli o nich mieszały mu się, jedna z drugą, jak prawda z kłamstwem. 
Jego matka. Teraz gdy jego żona nie żyła, miał poczucie, że jego umysł został rozbity  na tysiące kawałeczków, i że on  na powrót musi z tych rozbitych części poskładać  na nowo nowy . Te dziewczyny były dla niego drogą do Bredforda jakiego nie znał, przez chwilę przeraził się sam swojego ja , które jak sobowtór wychynęło z zza jego ramienia.
Nie przypuszczał, że życie  jakiego  przez długi czas doświadczał z żoną skończy się tak nagle tego lata.  O mądra Fiono. 

Chapter VII Przesłuchanie

Trudno. Będzie musiał odpowiadać na pytania tej oziębłej , atrakcyjnej kobiety, teraz wyglądała jak rzymska kolumna, wysoka, smukła a zarazem solidnego kośćca, taka, którą trzeba uchwycić mocniej gdy się zachwieje i straci równowagę, gdy na moment oprze się o twój tors. W chwilę później ona strząśnie niewidzialny pyłek ze swojej stalowoszarej spódniczki kończącej się tuż nad kolanem, pomyślał Bradford siadając na wprost Evy, na dużo niższym, niewygodnym krześle. 
Starał się znależć oparcie dla pleców, ale krzesło było bardzo nowoczesne, oparcie było wyżłobione półokrągło, jakby każdy przesłuchiwany miał niewidzialny garb, który świetnie by się wpasował w wygięte, metalowe oparcie. 
Tymczasem Eva zaczęła zadawać mu pytania obojętnym tonem , mieszając na pozór niezbyt ważne zagadnienia z konkretnymi: o której zwykle wstaje, kogo zna ze sąsiadów, w jakich okolicznościach widział ostatnio zamordowaną Meksykankę, czy po śmierci żony spotykał się z jakąś kobietą. Gdy wspomniał o wizytach dziewcząt lekkich obyczajów, Eva wydęła drwiąco bladoróżowe usta, które wydały mu się jeszcze bardziej podobne do żarłocznej orchidei.
 Pytała o wiek dziewcząt, datę śmierci żony i o to jak układało się ich pożycie małżeńskie.  Bradford odpowiadał spokojnie, ale w pamięci jego ja, w tej zmąconej wodzie poruszał się stalowo szary kształt, rekin. 
Rekin imieniem Bradford.
Zadumał się nad tym drugim aspektem swojego ja, on, który chodził systematycznie do biura, płacił rzetelnie podatki, każdej soboty po śmierci Fiony sprzątał dom, a teraz jesienią także zamiatał liście, które opadły z drzewka magnolii w ogrodzie na ścieżkę nie opodal klombu pełnego różnobarwnych, jesiennych kwiatów. 
O tak, on czułby się doskonale w skórze tego podwodnego, morskiego zabójcy, który jednym szarpnięciem zębów potrafi okaleczyć w mgnieniu oka swoją ofiarę, a miejsce jego pojawienia znaczy plama krwi jak przepiękna karminowa róża na lustrze błękitnej laguny.
Eva tymczasem skończyła przesłuchanie, przesłuchiwany został poinformowany o potrzebie pozostawania w mieście dopóki toczy się śledztwo, po czym wstała i przeszła koło niego na przez moment ocierając się o jego ramię , a że Bradford nie wierzył w przypadki i nieumyślne zdarzenia, przez moment wydało mu się że, chciałby objąć policjantkę i przyciągnąć ją do siebie.
Ale ona już odeszła, pozostawiając za sobą lekką smugę zapachu perfum, które przywiodły mu na myśl gęstwinę zielonej trawy, wilgotny zapach rozkopanej ziemi w ten upalny dzień gdy masz spieczone usta i pragniesz choćby kropli zimnej wody, ale ona odeszła...
Odeszła. Tak szybko . Ohh Fiono kochałem cię jak nikogo na świecie.